Wybory prezydenckie w USA to najbardziej śledzone wydarzenie polityczne na świecie, którego konsekwencje odczuwane są w każdym zakątku globu. Czym charakteryzowały się listopadowe wybory? Jakie znaczenie mają dla Europy w najbliższej perspektywie?

Prezydent-elekt Joe Biden, obejmując stanowisko 46. przywódcy wolnego świata stoi przed globalnymi wyzwaniami, których polityczne momentum całkiem wyraźnie kierowało się w stronę odbicia populistyczno-prawicowego „trumpistycznego” kursu, który przez ostatnie cztery lata wyznaczał prezydent-showman Trump. Kurz kampanijny powoli opada, sztab Trumpa przegrał 34 z 36 powództw w sądach stanowych dotyczących rzekomych oszustw wyborczych, więc nadzieja na przełomowy zwrot w kwestii legalności wyborów której domaga się Trump została maksymalnie zminimalizowana. Możemy oczekiwać, że 20 stycznia zaprzysiężony zostanie kandydat partii demokratów, Joe Biden.

„Rekordowe” wybory

Listopadowe wybory w USA pobiły wiele rekordów. Odnotowano 155 milionów oddanych głosów, z udziałem 66.7% uprawnionych do głosowania. Jest to zdecydowany wzrost w porównaniu z 137 milionami głosów oddanych w 2016 roku, gdy odnotowano jak dotąd największą frekwencję wyborczą. Na same wybory prezydenckie wydano prawie 7 miliardów dolarów, czyli ponad dwa razy tyle, co na poprzednie wybory prezydenckie (około 3 mld dolarów), a nawet więcej niż na wybory prezydenckie i federalne razem wzięte w 2016 r. Wybory charakteryzowały się również największą liczbą głosów oddanych korespondencyjnie, z silną „niebieską” przewagą (zwolenników Partii Demokratów) ze względu na upolitycznioną bagatelizację epidemii COVID-19 przez administracje Trumpa. W związku z tym, po pierwszej nocy wyborczej Trump trzymał wiodącą pozycję kluczowych w stanach Pensylwania, Michigan, i Wisconsin, ale ostatecznie „czerwony miraż” (Partii Republikanów) obrócił się na „niebiesko” po policzeniu głosów oddanych pocztą, dając Joe Bidenowi zwycięstwo.

Kampania Trumpa trwała nieprzerwanie od 2016 roku

Taktyka kampanii Prezydenta Trumpa wydawała się mieć na celu powtórzenie sukcesu z 2016 roku. Jego kampania tak naprawdę nigdy nie zakończyła się po jego wyborze w 2016 r. Podczas swej kadencji regularnie organizował wiece wyborcze, a swoje decyzje często opierał na ankieterach i konsultantach politycznych. Hasło „Keep America Great” kampanii 2020 było miękką zmianą „Make America Great Again”. Taktycznie, Trump opierał się na tych samych metodach i teoriach spiskowych, które podobały się jego bazie w 2016 roku. Od „Crooked Hillary” do „Sleepy Joe”, lub kontrowersji dotyczących serwerów e-mailowych Hilary Clinton do kontrowersji e-mailowej Huntera Bidena, niewiele było nowego w sposobie w jaki Trump próbował wygrać. Korzystne dla Trumpa było to, że dzięki strategii bagatelizowania koronawirusa, jego kampania mogła być bardziej rozbudowana w terenie.

Biden i retoryka powrotu do normalności

Taktyka kampanii Joe Bidena charakteryzowała się retoryką powrotu do normalności, zarówno w normatywnych oczekiwaniach wobec prezydenta, jak i w odniesieniu do kwestii zarządzania kryzysem COVID-19 – kwestii, którą administracja Trumpa próbowała strategicznie zignorować. Na poziomie politycznym, Biden odwoływał się do swoich osiągnięć za czasów wiceprezydentury i ponad 30-letniego doświadczenia w Senacie. Na poziomie wizji państwa i społeczeństwa, promował swój plan „Build Back Better” – ambitną inicjatywę, która zapowiada połączenie strukturalnego planu odbudowy gospodarki po COVID-19 z „zielonymi” inicjatywami i polityką tożsamości rasowej. Kampania Bidena miała również decydującą, wynoszącą ponad 300 milionów dolarów przewagę finansową nad kampanią Trumpa.

Co dalej ze Stanami?

Wybory ukazały głęboko spolaryzowany kraj, z podziałami wyznaczonymi wzdłuż nowych linii. Chociaż Biden odzyskał tzw. „swing states” Wisconsin, Michigan, i Pensylwania, najbardziej zaskakujące były zwycięstwa Bidena w tradycyjnie republikańskich stanach Arizonie i Georgii, co sugeruje nowy podział kraju na Amerykę wielkomiejską i wiejską. Najbardziej nieoczekiwane było zwycięstwo Trumpa na Florydzie, co świadczy o poparciu jego wizji ze strony wyborców latynoskich. Opóźnienie w liczeniu głosów korespondencyjnych podsycało bezpodstawną prawnie strategię Trumpa polegającą na podważeniu wyniku wyborów, co jest najbardziej wyrazistym wyróżnikiem tegorocznych wyborów, prawdziwym”testem obciążeniowym” dla demokratycznych instytucji, na których opiera się Ameryka.

Ameryka pozostaje krajem głęboko podzielonym. Biden wygrał kolegium elektorów, ale nie z takim marginesem zwycięstwa, jakiego oczekiwał (co ciekawe, wygrał z podobnym marginesem zwycięstwa co Trump w 2016 r.). Trump przegrał, ale „Trumpizm” nie zniknął. Trump nadal ma energiczną i wokalną bazę wyborczą: w 2020 r. otrzymał 70 milionów głosów, czyli 10 milionów więcej niż w 2016 r. Republikańscy przywódcy w Kongresie dostrzegli to, gdy odmówili ogłoszenia zwycięstwa Bidenowi. Bezpodstawne kroki prawne Trumpa, które, jak się spekuluje, podejmuje aby zebrać fundusze w celu spłacenia długów z kampanii wyborczej i zenergetyzować bazę wyborców na wybory w 2024 r., podważają historyczną tradycję pokojowego przekazaniu władzy stanowiące podstawę demokracji amerykańskiej.

Konsekwencje czterech lat „Trumpizmu”

Polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych jest wywrócona do góry nogami, gdy porównać ją z sytuacją w jakiej Joe Biden opuszczał Biały Dom wraz z prezydentem Obamą przed zaledwie czterema laty. Opuszczenie paryskiego porozumienia klimatycznego, porozumienia nuklearnego z Iranem, poszargane relacje transatlantyckie określeniami Organizacji Sojuszu Północnoatlantyckiego mianem “przestarzałej” i zupełna zmiana głównych politycznych współpracowników z Paryża i Berlina do Warszawy i Budapesztu. Prezydentura Trumpa od 2017 r. była kubłem zimnej wody wylanej na Europę w postaci prawicowego populizmu u najbardziej znaczącego gospodarczo i militarnie partnera Europy. Podważanie pewnych podstawowych schematów w duchu „America first” było charakterystyczne dla ostatnich czterech lat polityki zagranicznej USA. Strategiczna pozycja lidera wolnego świata została zachwiana, odpuszczając Chinom coraz to kolejne pola manewru zarówno w Europie, Afryce i Azji. Jesteśmy świadkami wydarzeń, które wskazują na postępującą nietrafność stwierdzenia, że żyjemy jeszcze w systemie jednobiegunowym. Po ćwierćwieczu pax americana relatywnie stabilne relacje budowane przez lata zostały zachwiane.

Co czeka dyplomację i Europę?

Najistotniejszym faktem jeżeli chodzi o dyplomację administracji Bidena, będzie natychmiastowy powrót do stabilności. Po czterech latach twitterowej polityki, gwałtownych zmian w relacjach multilateralnych i deklaracji nawet nie konsultowanych z własną administracją, czekają nas cztery lata „normalności” w kwestii narzędzi prowadzenia polityki zagranicznej. Joe Biden to polityk z ponad 50-letnim doświadczeniem w służbie publicznej, wiele z nich spędzonych w senackiej komisji spraw zagranicznych, możemy więc oczekiwać powrotu do rozwiązań bardziej tradycyjnych, prowadzących dyplomację federalną w znacznie bardziej spokojny sposób. „America is back” – rzekł prezydent-elekt. Powrót do racjonalnego i kompetentnego prowadzenia polityki zagranicznej.

Za restrukturyzację Departamentu Stanu w postaci kierownika resortu odpowiedzialny będzie doświadczony dyplomata Antony Blinken, pracujący dla administracji ostatnich trzech prezydentów z ramienia Demokratów. Przy mowie, którą wygłosił podczas swojej nominacji, wspomniał o Europejskich korzeniach, co eksperci postrzegają jako sygnał dla starego kontynentu, iż Stany wracają do pozycji u góry stołu aktorów stosunków międzynarodowych. Linda Thomas-Greenfield która przewodniczy zespołowi odpowiedzialnemu za stabilną tranzycję między administracjami jasno mówi o „odbudowie” federalnych struktur, w trakcie której punktem wyjścia ma być powrót wielu zwolnionych ekspertów. Profesjonalizm, pewna doza przewidywalności, czyli odwrócenie sposobów używanych przez cztery lata o 180 stopni.

Dla Europy cztery lata kadencji Trumpa były pewnym przebudzeniem w myśleniu o długofalowej polityce bezpieczeństwa. Gwarantem takowego od ponad 70 lat na starym kontynencie jest sojusz, którego główne znaczenie militarne oparte jest na amerykańskich siłach zbrojnych, zarówno rozmieszczonych w Europie oraz gotowych do użycia na całym świecie. Kraje UE jak i NATO nie spotkały się z takim liderem wolnego świata, który jawnie podważał rozwiązania o historycznie największym bagażu zapewniania stabilności i bezpieczeństwa.

Biden z pewnością jest dla Europy wytchnieniem, jednak ostatnie cztery lata utwierdziły przekonanie, że kraje Europy będą bezpieczne tylko wtedy, gdy będą mogły w dużej mierze polegać na sobie. I choć prezydent-elekt jest gwarantem proeuropejskiej polityki, na relacje UE-USA będziemy patrzeć od teraz w erze „pre-” oraz „post-trumpowskiej” w ocenie relacji transatlantyckich.