Przepustowość Gazociągu Północnego będzie niebawem wynosić 55 mld m³ rocznie. Mowa zatem o potężnym wpływie w wielu obszarach: ekolodzy wychodzący na ulice, sankcje nowej administracji amerykańskiej oraz istniejący opór w samej Unii Europejskiej, który bynajmniej nie zmalał po zamachu na przeciwnika Kremla Aleksieja Nawalnego. Ale czy po wstrzymaniu prac zapanowałby spokój? Przegląd gospodarczych, politycznych i ekologicznych następstw tego wielomiliardowego projektu.

Gazociąg, który dzieli Unię

W roku 2015 rosyjski gigant gazowy Gazprom oraz szereg firm z Niderlandów, Niemiec i Francji przypieczętowali budowę drugiej nitki gazociągu po dnie Morza Bałtyckiego. Już przed sześcioma laty patrzono sceptycznie na Władywostok, rosyjskie miasto portowe, w którym miał początek wielomiliardowy projekt Unii Europejskiej i Rosji. Partnerzy umowy mówili wówczas o rozbudowie źródeł dostaw energii. Celem było zapewnienie państwom europejskim bezpieczeństwa energetycznego po rezygnacji z węgla kamiennego. Rosyjskie państwowe przedsiębiorstwo Gazprom prognozowało 40 proc. wzrost zapotrzebowania na gaz w najbliższych latach: do roku 2030 import wynosiłby 253 mld m³ rocznie, którego Nord Stream nie byłby w stanie sam udźwignąć.

Jednak liczby te odzwierciedlają zapotrzebowanie jedynie krajów Europy Północno-Zachodniej. Wyjaśnia to bynajmniej sceptyczne podejście do projektu państw Europy Wschodniej i Krajów Nadbałtyckich. Czują się one pominięte, gdyż nie wzięto ich pod uwagę jako państw tranzytowych i odbiorczych. Oznacza to, że nie wszyscy w Unii Europejskiej skorzystają na gazociągu Nord Stream 2. Generalny sprzeciw na tego rodzaju zależność od Rosji niektórych państw byłego tzw. bloku wschodniego ma swoje źródło również w trudnych relacjach tych państw z Kremlem. Przez lata czuły się one uciśnione. Polska, której chłodne relacje z Rosją sięgają dawnych czasów, żądała natychmiastowego wstrzymania robót. Nawet Komisja UE jest zdania, że projekt ten jest sprzeczny z prawem europejskim. Wielu niechętnie podchodzi do problemu poważnego uzależnienia od rosyjskich dostaw oraz finansowania projektu przez Putina, którego polityka krytykowana jest raz po raz przez Europę. Ponadto, jeśli 80 proc. importowanego gazu z Rosji dostarczane jest jedną trasą, nie gwarantuje to jeszcze bezpieczeństwa dostaw energii: jeśli magistrala ta ulegnie awarii, to w Europie dosłownie wygasną światła.

Relacje z Ukrainą

Niemcy, wiodące prym w tym projekcie, argumentują niepewną sytuacją związaną z inną nitką przesyłu: tak zwany ukraiński korytarz, którym gaz z Rosji do Europy przesyłany jest drogą lądową. Konflikt między Ukrainą a Rosją pogłębia niepewności. Niemcy i ówczesny minister gospodarki z ramienia SPD, Gabriel, chciały najwyraźniej uniknąć ryzyka w dostawach. . Jednak choć Niemcy nadal obstawały przy transporcie przez Ukrainę również po zakończeniu budowy Nord Stream 2, to krytyka wobec charakteru relacji z Ukrainą nie cichła. Bo przecież kłóci się wspieranie Ukrainy finansowo środkami pomocy unijnej przy jednoczesnym inicjowaniu projektu budowy, który po zakończeniu poważnie zredukuje wpływy własne Ukrainy z tranzytu gazu.

Zagrożenie dla przyrody

Trudności pojawiają się nie tylko we własnych szeregach – protestują również ekolodzy. Nowa nitka przecina cztery morskie rezerwaty przyrody. Organizacje proekologiczne obawiają się nieodwracalnych szkód dla świata podwodnego i tym samym dla całego ekosystemu. Niemiecki Związek Ochrony Środowiska NABU złożył skargę przeciwko temu projektowi. Ekolodzy żądają konsekwentnego przejścia na pozyskiwanie energii ze źródeł odnawialnych. Głosy członków partii Zielonych szczególnie głośne są w Bundestagu. Mimo to budowa drugiej nitki na odcinku od Zatoki Narewskiej w Rosji do niemieckiego Lubmina została rozpoczęta. Od wiosny 2018 roku barki przekładają rury po dnie Morza Bałtyckiego, niebawem wydajność wzrośnie do 55 mld m³ gazu w ciągu roku.

Nord Stream 2 nie podoba się również Stanom Zjednoczonym

Stany Zjednoczone, które same są zainteresowane sprzedażą gazu płynnego Europie, są przeciwne paktowi, gdyż nie jest on jedynie natury gospodarczej, lecz i politycznej. Pod rządami Trumpa przyjaźń między partnerami wewnątrz Unii a Rosją nie podobała się USA. Amerykańska administracja nałożyła w 2019 roku sankcje na wykorzystanie specjalistycznych barek roboczych, prace musiały zostać krótkoterminowo zawieszone. Kilka europejskich firmy zrezygnowało z udziału w projekcie. Nie wydaje się, żeby pod rządami nowego prezydenta Joe Bidena miało dojść do zmiany kierunku. W styczniu bieżącego roku administracja zapowiedziała nałożenie dalszych sankcji na rosyjskie statki instalujące rurociąg. Amerykańscy orędownicy wstrzymania realizacji projektu, zarzucają Bidenowi i jego administracji podjęcie niewystarczających kroków przeciwko UE. Krytycy projektu z obozu republikańskiego uważają, że nałożenie tych kilku sankcji nie wydaje się wystarczającym hamulcem, który wstrzymałby kontynuację budowy dwóch nitek przesyłowych o długości 1200 km każda.

Kłótnie na ostatnich metrach

Spółka Nord Stream 2 wysłała na początku marca dodatkową barkę montażową na wody Morza Bałtyckiego, by dokończyć budowę ostatnich 150 km na wodach duńskich i niemieckich. Wszystko wygląda na to, że zakończenie projektu jest jedynie kwestią czasu. Unia musi teraz pracować na rzecz zniwelowania szkód i uspokoić przeciwników we własnych szeregach i w USA. Szczególnie głośno wybrzmiały głosy krytyki nawołujące do zakończenia relacji z Rosją po zamachu na Nawalnego.

Wręcz odwrotnie argumentują politycy, na przykład przewodniczący grupy parlamentarnej SPD, dr Rolf Mützernich. Jest on zdania, że mimo szeregu naruszeń prawa międzynarodowego przez Rosję należy trzymać się gospodarczych ustaleń. Wstrzymanie budowy na ostatniej prostej doprowadziłoby do wielomiliardowych odszkodowań oraz zatopienia miliardów inwestycyjnych w wodach Bałtyku. Czy wstrzymaniem prac udałoby się odwrócić ekologiczne następstwa projektu? To również jest wątpliwe.

Nie tylko inicjatorzy projektu są dziś pod bardzo dużą presją. Również amerykański prezydent Biden z jednej strony nie chce nastawić przeciwko sobie przeciwników we własnym kraju a z drugiej strony powtarza, że chce polepszyć transatlantyckie relacje po erze Trumpa. Teraz zatem trzeba znaleźć kompromis. Niemcy muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcą w dialogu z Rosją przestawiać swoje bezpieczeństwo energetyczne na źródła odnawialne. Faktem jest, że Nord Stream 2 to więcej niż tylko gospodarczy projekt. Już dawno przybrał on wymiar geopolityczny i ekologiczny. A po jego zakończeniu pozostanie on kwestią sporną między Unią, Rosją a USA.